Gwiazdowy Express
Pięcioletnia Zosia odkrywa magiczny nocny pociąg, którym podróżują zasypiane zwierzątka. Razem z małym jeżykiem wędruje przez krainy snów, by pomóc mu znaleźć jego wygodne miejsce do spania.
Była taka jedna mała stacja kolejowa, tuż za miasteczkiem, gdzie mieszkała Zosia.
Zosia miała pięć lat i kochała pociągi bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Kochała je bardziej niż czekoladę, bardziej niż huśtawki, a może nawet - choć to już wielka tajemnica - bardziej niż swoje ulubione kapcie z króliczkami.
Każdego dnia patrzyła przez okno, jak pociągi przyjeżdżają i odjeżdżają. Liczyła wagony, machała maszynistom i uczyła się nazw wszystkich stacji na rozkładzie jazdy.
Ale pewnego wieczoru wydarzyło się coś, czego Zosia zupełnie się nie spodziewała.
Była już prawie pora snu. Mama zawiązała jej warkoczyki, tata wciągnął pidżamę w gwiazdki, a Zosia - zamiast leżeć w łóżku - wyjrzała przez okno po raz ostatni.
I wtedy to zobaczyła.
Na małej stacji, tam gdzie zwykle stała tylko stara latarnia i ławka z odrapaną farbą, stał pociąg. Ale nie taki zwykły pociąg.
Był granatowy jak nocne niebo. Na każdym wagonie migotały srebrne gwiazdki, a z komina zamiast dymu wydobywały się małe srebrzyste obłoczki, które unosiły się w górę i zamieniały w prawdziwe gwiazdy.
Na boku pierwszego wagonu widniał napis złotymi literami: GWIAZDOWY EXPRESS.
Zosia chyba zanim zdążyła pomyśleć, już była na stacji. Kapcie z króliczkami stukały cicho po kamiennych płytkach, a nocne powietrze pachniało lawendą i miodem.
- Psst! Hej! Tutaj!
Zosia rozejrzała się.
Przy kole ostatniego wagonu siedziało małe, kolczaste stworzenie. Jeżyk. Miał wielkie, okrągłe oczy, mokry nosek i tak smutną minkę, że Zosi od razu ścisnęło się serce.
- Cześć - powiedziała cicho Zosia, kucając przy nim. - Co się stało?
- Zgubiłem swój wagon - pocihlipał jeżyk, drapiąc się w kolce. - Wszyscy już wsiedli. Borsuk wsiadł, wiewiórka wsiadła, nawet wielki niedźwiedź zmieścił się ze swoim całym futrem. A ja... ja nie wiem, który wagon jest mój. I teraz boję się zasnąć.
- Boję się zasnąć sam - dodał ciszej. - Bez swojego miejsca.
Zosia skinęła głową bardzo poważnie. Ona też czasem tak się czuła, kiedy poduszkę ułożono nie tak jak trzeba albo kiedy nocna lampka była za daleko.
- Pomogę ci - powiedziała. - Razem poszukamy twojego wagonu.
Jeżyk spojrzał na nią wielkimi oczami.
- Naprawdę?
- Naprawdę - potwierdziła Zosia i wyciągnęła do niego rękę. Jeżyk delikatnie wsunął w nią swój malutki łapek, uważając, żeby nie ukłuć.
Weszli do pierwszego wagonu.
I Zosia aż westchnęła z zachwytu.
Cały wagon wypełniony był chmurami. Ale nie tymi z nieba - te były jak ogromne, puchate poduszki. Białe, kremowe i blade różowe, miękkie jak marzenie. Kilka małych zajączków już spało skulonych w obłoczkach, ich uszy opadały im na buźki. Gdzieś na górze fruwały powoli srebrne bańki mydlane, w których odbijało się księżycowe światło.
- Ooooh - szepnął jeżyk. - Miękko tu.
- Bardzo miękko - zgodziła się Zosia, stawiając ostrożnie stopę na jednej z chmur. Ugięła się jak poduszka, sprężyście i przyjemnie. - Ale to nie jest twój wagon, prawda?
Jeżyk pokręcił noskiem.
- Nie. Nie czuję... zapachu mojego miejsca.
Zosia nie wiedziała, że zwierzątka mają swoje zapachy do spania, ale uznała, że to ma sens. Przecież jej ulubiona kołdra też pachniała w szczególny sposób - trochę jak dom, trochę jak mama.
Poszli dalej.
Drugi wagon był inny. Ledwo przekroczyli próg, a już zewsząd popłynęły dźwięki.
To był wagon kołysanek.
Z małych świecących lampionów, które wisiały pod sufitem jak żaróweczki, sączyła się muzyka. Cicha, powolna, kołysząca. Raz cichsza, raz trochę głośniejsza, ale zawsze spokojna jak rzeka w letni wieczór. Kilka sówek siedziało na gałązkach przymocowanych do ścian i kiwało się sennie w takt melodii. Jeden mały jenotek już chrapał cicho, owinięty w koc z liści.



