Rysiek i wielki wyścig
Mały czerwony samochodzik Rysiek marzy o wygraniu wyścigu. Odkrywa jednak, że prawdziwe zwycięstwo to nie tylko meta, to przyjaciel, którego spotykasz po drodze.
Za siedmioma wzgórzami, za trzema tunelami, w małym miasteczku Kółkowo, stał sobie garaż. A w tym garażu mieszkał Rysiek - mały, czerwony samochodzik wyścigowy z żółtymi paskami po bokach i wielkimi, okrągłymi oczami jak dwa słoneczniki.
Rysiek był najmniejszy ze wszystkich aut w garażu. Jego sąsiad, wielki niebieski samochód Bolek, miał opony grube jak drzewa. Różowa limuzyna Basia błyszczała lakierem niczym lustro. A srebrna wyścigówka Zygmunt chełpiła się silnikiem głośnym jak burza.
- Jutro wielki wyścig! - ogłosił Bolek wieczorem, tupiąc oponami z podekscytowania. - Kto dotrze pierwszy do mety, ten dostanie złoty puchar i wieniec z kwiatów!
Rysiek słuchał i czuł, jak jego mały silniczek przyspiesza z radości. Marzył o tym wyścigu od bardzo, bardzo dawna.
- Ja też startuję! - oznajmił piskliwym głosem.
Bolek spojrzał na niego z góry - dosłownie z góry, bo był dwa razy wyższy.
- Ty, Ryśku? - zaśmiał się. - Przecież jesteś malutki! Twoje kółka są jak guziki od płaszcza!
Basia zachichotała, a Zygmunt odwrócił się i udał, że nie słyszał. Rysiek poczuł się smutny, ale nie powiedział ani słowa. Zamiast tego zamknął oczy i pomyślał sobie cicho: - Pokażę im. Jutro dam z siebie wszystko, co mam.
Następnego ranka słońce wstało różowe i złociste, jakby samo chciało zobaczyć wyścig. Na starcie ustawiło się dwanaście aut - wielkich, błyszczących, głośnych. I jeden mały czerwony samochodzik z żółtymi paskami.
Sędzia, stary dziadek traktor o imieniu Walenty, podniósł flagę.
- Gotowi? - zawołał.
- Gotowi! - ryknęły silniki.
- Do biegu, do startu... START!
I wtedy wszystko ruszyło.
Bolek wystartował jak kanonierka, wzbudzając chmurę kurzu. Basia pomknęła z piskiem opon. Zygmunt zawarczał i zniknął za pierwszym zakrętem. Rysiek też ruszył - mały, ale dzielny, z silniczkiem śpiewającym na całego: wrr-wrr-wrr!
Pierwszy odcinek wiódł przez kwiecistą łąkę. Rysiek minął czerwone maki i białe stokrotki. Motyle uciekały mu spod kółek, a żaby skakały na boki z krzykiem. Był daleko za większymi autami, ale nie martwił się. Kręcił kółkami ile sił i cieszył się każdą chwilą.
Potem była górka - stroma i wyboista. Bolek sapał i dyszał. Basia skarżyła się, że psuje jej lakier. Zygmunt pędził tak szybko, że aż podskakiwał na kamieniach. A Rysiek? Rysiek był mały i lekki, więc wspiął się na górkę sprawnie jak kotek na drzewo. Nawet trochę dogonił innych!
Ale prawdziwa przygoda czekała za wzgórzem.
Tuż przed wejściem do lasu droga robiła się błotnista. Niedawno padał deszcz i ziemia wciąż była miękka i kleista jak ciasto. Większe auta przejechały i zostawiły głębokie koleiny.
I wtedy Rysiek zobaczył coś niezwykłego.
Przy drodze, w samym środku błotnistej kałuży, tkwił pomarańczowy samochodzik. Był mniej więcej tak samo duży jak Rysiek, z zielonymi kółkami i smutną miną. Kręcił kółkami bez przerwy - wrrr, wrrr, wrrr - ale tylko chlapał błotem i grzązł coraz głębiej.
- Pomocy! - wołał cienkim głosem. - Utknąłem! Nie mogę się ruszyć!
Inne auta przejeżdżały obok, nie zatrzymując się. Bolek spojrzał i pojechał dalej. Basia odwróciła się, żeby nie ochlapać lakieru. Zygmunt nawet nie zwolnił.
Rysiek zatrzymał się.
Patrzył na pomarańczowy samochodzik. Patrzył na pozostałe auta znikające w lesie. Wiedział, że jeśli się zatrzyma, przegra wyścig. Nie dogoni już Bolka ani Basi. Złoty puchar nie będzie jego.



