W 80 dni dookoła świata
Na motywach: Juliusz Verne
Aleks nie może zasnąć, więc tata wyjmuje z szuflady mosiężny zegarek kieszonkowy po prapradziadku. Gdy chłopiec przykłada go do ucha, tykanie zmienia się w stukot kół i pokój staje się przedziałem pociągu. Razem objeżdżają świat: parowcem przez morze, na słoniu przez las, pociągiem przez prerię, aż wracają do domu przed czasem.
Za oknem wiał wiatr i szarpał gałęziami starej jabłoni, a Aleksowi wcale nie chciało się spać. Tata usiadł na brzegu łóżka, posłuchał chwilę tego wiatru, a potem wysunął najniższą szufladę biurka.
Wyjął z niej mosiężny zegarek kieszonkowy na grubym łańcuszku. Koperta była porysowana, a na wieczku ktoś dawno temu wydrapał maleńką strzałkę wskazującą wschód.
- Ten zegarek objechał kiedyś cały świat - powiedział tata. - W osiemdziesiąt dni, ani jednego więcej.
Aleks przyłożył zegarek do ucha. W środku coś tykało, cicho i równo, jakby ktoś bardzo mały maszerował w kółko.
I wtedy tykanie zgęstniało, rozrosło się i zmieniło w stukot kół. Ściany pokoju zsunęły się w wąski korytarz, a lampka nad łóżkiem zamieniła się w mosiężny kinkiet przy oknie przedziału.
- Wsiadamy - uśmiechnął się tata. - Pociąg nie czeka.
Za szybą uciekały do tyłu ciemne pola, rzędy topoli i mosty, a w oddali jarzyły się światła miasteczek. Lokomotywa gwizdnęła długo i przeciągle, gdzieś daleko przed nimi.
Aleks przycisnął czoło do chłodnej szyby i liczył lampy. Doliczył do dwudziestu siedmiu i przestał, bo pociąg zaczął zwalniać.
Wysiedli w porcie, gdzie pachniało solą i mokrym drewnem. Nad dachami krążyły mewy, a przy nabrzeżu czekał parowiec z jednym grubym kominem.
Weszli po trapie, który kołysał się miękko pod stopami. Syrena statku odezwała się nisko, aż zadrżało powietrze, i brzeg zaczął się powoli oddalać.
Morze było granatowe i spokojne. Fale uderzały o burtę równo, jedna za drugą, i Aleks szybko złapał ten rytm.
Wieczorem usiedli na pokładzie pod kocem. Gwiazd było tyle, że nie dało się ich objąć wzrokiem, a woda pod dziobem syczała cichutko.
- Na morzu zawsze wiadomo, gdzie jest wschód - powiedział tata i pokazał palcem. - Tam, skąd przyjdzie rano słońce.
Rano brzeg był już inny: żółty, piaszczysty, z rzędem palm, które stały nieruchomo w gorącym powietrzu.
W indyjskim porcie targ zaczynał się tuż przy wodzie. Szeleściły zwoje kolorowych tkanin, pachniało pieprzem i pomarańczami, a komuś rozsypały się orzechy, które potoczyły się po kamieniach.
Dalej trzeba było jechać przez las, więc pojechali na słoniu. Ogromne zwierzę stąpało wolno i kołysało się na boki jak łódka.



