Dzikie gęsi
Rodzice idą na jarmark i proszą córeczkę, żeby pilnowała braciszka. Dziewczynka biegnie tylko na chwilkę do sąsiadów, a wtedy nad podwórkiem pojawia się stado dzikich gęsi i porywa chłopca do chatki Baby-Jagi. Siostrzyczka rusza w pogoń, a pomagają jej gadający piec, dzika jabłonka i mleczna rzeka. Rosyjska baśń o odwadze i naprawianiu własnych błędów.
W drewnianej wiosce, za pszenicznym łanem, za smugą strumyka, za łąką rozdeptaną racicami krów, żyli sobie mąż i żona. Mieli dwoje dzieci, jasnowłosych, uśmiechniętych i rumianych. Kiedy rodzice wychodzili w pole albo wędrowali na jarmark, dzieci zostawały w domu, bawiły się na podwórku, gotowały strawę i zamiatały kąty.
Pewnego razu rodzice przyszykowali się do drogi i powiedzieli:
- Idziemy na jarmark do miasteczka. Ty zaś, córuchno, pilnuj braciszka. Nie zostawiaj go samego na podwórzu, nie pozwól mu wyjść na drogę i sama nigdzie się nie oddalaj. A jak będziesz grzeczna i pilna, kupimy ci czerwoną chustę albo duże, okrągłe korale.
Jednak gdy rodzice zniknęli za horyzontem, siostrzyczka posadziła braciszka na podwórku, dała mu swoje lalki i drewniane kółka do zabawy, a sama pobiegła na chwilkę do sąsiadów, na figle i psoty.
- Zaraz wrócę, za momencik - pomyślała. Ale co pomyślała, to zaraz zapomniała. I braciszek został na podwórku sam.
A wtedy w powietrzu zaszumiało i zagęgało setką gardeł. Najpierw słońce przysłonił szary, falujący cień setki skrzydeł, potem zniżył lot i jak chmura zawisł nad podwórkiem.
Były to dzikie gęsi. Zakotłowały się wielkim stadem nad chałupą i spłoszyły kury. I zanim dziewczynka się obejrzała, braciszka już nie było. Przerażona wołała go i szukała wszędzie. Na próżno.
- Co ja narobiłam, gdzie ja cię zgubiłam, braciszku! - lamentowała.
Wybiegła w pole i wtedy na horyzoncie dostrzegła klucz dzikich gęsi. Zrozumiała, że to one zabrały jej braciszka. Dawno temu babcia opowiadała jej, że dzikie gęsi porywają małe dzieci, których nikt nie pilnuje. A teraz policzki zapłonęły jej ze wstydu, że pozwoliła zabrać braciszka na kraj świata.
Niewiele myśląc, pobiegła, ile sił w nogach, przez żółty gościniec, przez pszeniczne łany, za smugę strumyka, przez łąkę rozdeptaną racicami krów. Niełatwo jednak dogonić klucz dzikich gęsi.
Biegnie siostrzyczka, jasne warkocze fruwają jej wokół głowy, aż tu patrzy: na skraju lasu stoi piec. Gliniany, pobielony wapnem, malowany w czerwone i niebieskie wzory, a stoi sobie na mchu, obok krzaków jeżyn. Z żelaznej paszczy bucha mu ogień.
- Piecu gorący, dymem buchający, powiedz, proszę, piecu biały, dokąd gęsi poleciały?
Piec zasyczał, załomotał i odpowiedział:
- Skosztuj bułeczki żytniej,
com ją dla ciebie upiekł.
Gdy uraczysz się kęskiem,
powiem, dokąd lecą gęsi.
- Nie chcę żytniej bułeczki! U nas w domu tylko pszenne jadamy.
Piec na to zamilkł i zgasił swoją żelazną paszczę.
Pobiegła dziewczynka dalej, przez miedze i zagajniki, gdzie stare sosny sypały igły pod nogi młodych brzóz, a jarzębina przymierzała swoje czerwone korale i szeleściła do grubej olszyny, czy jej w tej czerwieni do twarzy.
Wreszcie dobiegła do dzikiej jabłonki, która rosła między polem a zagajnikiem.
- Drzewko rumiane, jabłkami obsypane, powiedz, proszę, jabłoneczko, gdzie gęsi zabrały dziecko?
A jabłonka wyszeptała ludzkim głosem:
- Gęsi lecą a lecą,
u mnie jabłuszka świecą.
Jabłko zjesz, oderwiesz liść,
powiem ci, dokąd masz iść.
- Dzikie jabłko? U nas w sadzie jadam tylko czerwone i słodziutkie.
Jabłonka nic już nie powiedziała. A siostrzyczka pobiegła dalej, wzdłuż grobli, ponad stawem, obok bagna, aż dobiegła do rzeki. Dziwna to była rzeka. Brzegi miała z miodu, złocistego i lepkiego, a nurtem płynęło samo białe mleko.
- Mleczna rzeko, śnieżnobiała, czyś ty gęsi gdzie widziała?



