Kwiat paproci
Na motywach: Legenda polska
Kwiat paproci to stara polska legenda o magicznym kwiecie, który zakwita tylko raz w roku w noc świętojańską. Kto go znajdzie, posiądzie niezmierzone bogactwa, ale pod jednym warunkiem, że nie wolno mu się dzielić szczęściem z bliskimi. Ta piękna opowieść o odwadze, wytrwałości i miłości rodzinnej uczy, że prawdziwe szczęście można odnaleźć tylko wtedy, gdy dzielimy je z tymi, których kochamy.
Noc świętojańska, najkrótsza noc w roku, trwa tylko kilka godzin. Legenda mówi, że zakwita wtedy kwiat paproci, a kto go odnajdzie, posiądzie niezmierzone bogactwa.
Dawno temu żył sobie chłopiec imieniem Staś. Mieszkał na skraju wsi, pod samym lasem. Dwa razy do roku, na początku i na końcu lata, zachodziła do ich chaty stara baba. Opowiadała o kwiecie paproci tak pięknie, że chłopak buzię ze zdziwienia otwierał, oczy szeroko rozwierał, jakby już go w wyobraźni swojej widział.
- Będzie mój - postanowił - choćbym miał iść za siódmą górę.
W oznaczonym czasie, tuż przed zachodem słońca, założył Staszek nakrochmaloną koszulę, przewiązał się czerwonym pasem, na głowę kapelusik z pawim piórem nasunął i z domu się wymknął. Z daleka ominął bawiącą się nad rzeką młodzież i zagłębił się w ciemny las.
Niebo za dnia i o zmierzchu tak pogodne, teraz zamruczało groźnie. Zagrzmiało. Zerwał się wicher i zaczął czynić straszne zamieszanie. To śmiechem dzikim gdzieś się odzywał, to piskiem dziewczęcym, to skrzypieniem kół od wozu. Krzewy i drzewa ożyły, pochyliły konary i gałęzie ku Stasiowi, zagradzały mu drogę, smagały ubranie i twarz. Raniły przy tym boleśnie, jakby zamiast liści kolce miały. Drogę już dawno zgubił, teraz tylko starał się brnąć przed siebie.
- Gdzieżeście się pochowały, paprocie?! - krzyknął, żeby sobie odwagi dodać.
I wtedy gdzieś obok piorun uderzył. Białe światło ześlizgnęło się po pniach drzew i wydobyło z mroku krzak paproci. W gąszczu liści kwiatuszek otworzył koronę płatków wokół błyszczącego oka.
- Mam cię - szepnął Staś i wyciągnął rękę.
Nagle zapiał kogut i zewsząd dobiegł przeciągły chichot. Kwiat zapłonął jaskrawym blaskiem i zniknął. Oślepił chłopca ten blask, tak że zaniewidział i z bólem głowy osunął się na ziemię.
Kiedy się ocknął, leżał na swoim łóżku. Matka opowiedziała mu, że starsi bracia, wracając znad wody, znaleźli go ledwie dychającego i przynieśli do domu.
Następnego roku las przyjął go przyjaźniej. Widniej jakoś było, a pomiędzy koronami drzew nawet gwiazdy raz po raz można było dojrzeć. Wtem z olszyny dobiegł żałosny płacz dziecka.
- Co za licho? - pomyślał i ruszył w tamtym kierunku, ale nijak dojść nie mógł.
Odległość między nim a drzewem ciągle była taka sama. W końcu uznał, że to fałszywy hałas i poszedł dalej.
- Ratunku, wilcy mnie napadli! - usłyszał przerażliwe wołanie.
Chwycił gałąź z ziemi i pobiegł w kierunku głosu. Znowu to samo. Ile kroków zrobił, o taki kawał się oddalał. Przeżegnał się i uszy zakrywszy, udał się w drugą stronę. Zapadła cisza.
Patrzy... paprocie rosną, zwartym kobiercem kryją ziemię. Padł na kolana i zaczął rozgarniać liście. Robactwa pełno, ślimaki przez palce mu przełażą - paproci nigdzie. Usiadł znużony. Nagle oczy podniósł... Jest, to on! Staś rękę wyciągnął, ale kwiat na sąsiednim krzaku rozkwitł. Co się do niego zbliżył, kwiat się oddalał. W końcu kur zapiał i wszystko zniknęło.



